Przyszedł czas na ostatnią część tatrzańskich wojaży. Ostatni dzień, nie licząc powrotu, przeważnie jest dniem spokojnym, leniwym, podsumowującym, itp. Jednak takie rzeczy to nie z nami… Zgodnie z przebudowanym planem miała być Dolina Kościeliska, a w niej, po drodze, któraś z jaskiń. Wycieczka krótka, ale jak się okazało dla wielu była okazją do pokonywania wielu różnych, własnych słabości…
Wyjechaliśmy nieco później, bo około 9.30. Po drodze dołączył do nas prawdziwy licencjonowany przewodnik, który okazał się świetnym gawędziarzem. Opowiedział historię swoich przodków, bardzo zajmującą i ciekawą. Ach ci górale, wolni ludzie w niedostępnych kiedyś górach, ale do świętych na pewno nie należeli…
Przejeżdżając obok Krzeptówek, grzechem jest tam nie zajechać. Nie jestem zwolennikiem nawiedzania kościołów, bo to miejsca modlitwy i skupienia a nie „chińskiego pstrykania zdjęć”, ale to miejsce, według mnie, jest wyjątkowe, o wyrafinowanym tatrzańskim i górskim klimacie. Widać było, że na uczestnikach również zrobiło wrażenie.
Po szybkim i krótkim uduchowieniu pojechaliśmy na parking o nazwie Kiry, który znajduje się przy wejściu do Doliny Kościeliskiej. Gorąco, tego dnia było bardzo gorąco… Wycieczka przywitała nas przykrym widokiem - cała Dolina Lejowa była zniszczona przez wiatr halny, połać lasu po prostu znikła. Na szczęście Potok Kościeliski i okazałe ekspozycje skalne były nie naruszone… Zresztą, aby to zniszczyć, to musiałby się przetoczyć kataklizm jakiś… Pierwszy przystanek był przy bacówce, gdzie była degustacja świeżych oscypków, bryndzy i maślanki. Oj dobrze, że toy toye były po drodze, bo do najbliższego lasu, trzeba by było przez potok się przeprawić! Jak już wspomniałem tego dnia było gorąco… bardzo gorąco… dlatego przystanki musiały być często. Ze względu na mnie i na pana Jarka też, bo robiliśmy za camelbaki, niosąc po 8 litrów wody. Na szczęście pragnienie wycieczkowiczów szybko odciążało nasze plecy. Kolejny postój zrobiliśmy w miejscu, gdzie Potok Kościeliski był mniej wartki i płytszy. Niektórzy postanowili brodzić… Niezbyt to może bezpieczne, że względu na śliskie kamienie… No ale cóż! Wszystkiego zabraniać? Z dywanu też można spaść i się połamać. W Zakopanym widzieliśmy bardzo dużo kolonii, a w górach, tam gdzie chodziliśmy, nie napotkaliśmy żadnej. Wychowawcy zwyczajnie boją się odpowiedzialności i nie chcą chodzić z dziećmi w góry. Dlaczego tak się dzieje i czy słusznie, to temat na dłuższą rozprawę, a tu nie miejsce i czas na to. Wracając do brodzenia w potoku, to która z Julek swoim zadkiem sprawdzała temperaturę wody? Tym razem to żadna z nich, tym razem to był Szymon…
Po rozleniwieniu się totalnym, ciężko było się zebrać, trwało to zdecydowanie dłużej niż zwykle, a czekał na nas Wąwóz Kraków z pięknymi ekspozycjami skalnymi. Można było mieć wrażenie, że skały zaraz zsuną się na nas. Dlatego w tym miejscu istnieje tradycja podpierania skał napotkanymi konarami drzew. Trudno uwierzyć, że tak głęboki wąwóz wyżłobiła woda. Ale tak właśnie jest! Szkoda, że ze względu na suszę nie słychać było płynącej pod nogami wody, bo zobaczyć jej nie mamy szans…
W końcu doszliśmy do miejsca w którym wiele osób pokonało, ba, musiało pokonać, swoje słabości, bo szlak jest jednokierunkowy. Wiele z Was nie dowierzało, że trzeba będzie wejść na wysoką drabinę, aby dostać się na półkę skalną… a to był dopiero początek…
Jaskinia była w moich planach, ale ostateczna decyzja miała zapaść po konsultacji z przewodnikiem i pilotem. Początkowo nie chcieli, bo Jaskinia Mroźna – za droga, ze trzy godziny w kolejce trzeba spędzić, Mylna – za długa, za ciemna i zdecydowanie za trudna, z kolei Raptawicka, ni jak mi nie pasowała, bo zatłoczona i w sumie to taka dziura w skale jest… Padło na Smoczą Jamę, trzech chłopa – damy radę wszystkich przeprowadzić bezpiecznie.
… po wejściu na półkę skalną oczom ukazuje się perspektywa wspinaczki górskiej po skałach przy pomocy łańcuchów, a niektórym to już drabina była wystarczającym wyzwaniem. Dziwne? Młodsi radzą sobie bardzo dobrze, starsi niekoniecznie. Stoję jako pierwszy asekurant na początku wejścia po wspomnianych łańcuchach. Urabiam się niesamowicie, bo niemal wszystkich trzeba uczyć wspinaczki po łańcuchach jak „po linie”, a z tym najwyraźniej większość do czynienia ma po raz pierwszy… Ok. Dobrze. Drabinowy lęk wysokości pokonany, wspinaczka zaliczona, przed nami totalnie czarna dziura o nazwie "Jaskinia Smocza Jama"… Można ją pokonać po omacku trzymając się łańcuchów, ale to chyba za dużo… używamy więc latarek… jeszcze kawałek, jeszcze jedna śliska skała, i już widać światełko w tunelu. Wychodzimy na zewnątrz, niektórzy ubłoceni, umorusani, nie wszyscy uniknęli zadrapań, ale buźki wszystkim się same śmieją a duma rozpiera… bo jest się czym cieszyć. Mi też się buziak sam śmieje, bo tak naprawdę co zaplanowałem to zrealizowaliśmy. Siedliśmy na łagodnym stoku górskim, słońce przygrzewa, widok przepiękny, cisza, spokój, żadnych turystów w japonkach i ten zapach ziół z halnej łąki… Jest cudnie. Nie idziemy dalej! Zostajemy tutaj…
Czas na Ziemię wrócić. Po wyjściu z Doliny Kościeliskiej kupujemy masowo oscypki na jednym stanowisku, a na kolejnym napotkanym, żali się babcia góralka, że nikogo do niej nie przyprowadziłem… Obiecuję, że następnym razem… Zobaczymy - czy słowa dotrzymam… Przed nami najtrudniejszy szlak zakopiański, czyli zakupy na Krupówkach. Nie będę tego opisywał, bo szlag właśnie mnie ten trafia jak widzę jaki szajs staje się łupem dzieci… No ale trzeba, bo to zaszczyt kupić bursztyny w górach a ciupagę nad morzem…
Część dalsza dnia to podsumowanie wszystkich konkursów, nagrodzenie, wyróżnienie i dyskoteka, na której wszyscy się bawili! Nie przesadzam! Wszyscy tańczyli, skakali. Nie tak jak nad morzem rok temu… i za to brawa, i uznanie!
Z tego miejsca, jako kierownik zamieszania dziękuję wychowawcom za wzorową współpracę, uczestnikom za wypoczynek z godnością osobistą, istotom zarządzającym za dofinansowanie do obozu.
Dziękuję, pozdrawiam.
Tomasz Mucuś

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentuj mądrze i kulturalnie,