Po dniu rozchodzenia i dniu deszczowym przyszedł w końcu ten długo wyczekiwany. Dzień wyjścia na prawdziwy szlak górski. Naszym celem była Sarnia Skała. Brzmi może nie za poważnie, bo co tam jakaś skała, ale jest to najprawdziwszy szczyt o wysokości 1377 m n.p.m. a Sarnia Skała to jego nazwa. Szlak, który przemierzyliśmy to również miejsce, które na rozgrzewkę biegiem pokonują sportowcy przygotowujący swoją formę w Centralnym Ośrodku Przygotowań Olimpijskich w Zakopanem pod Wielką Krokwią.
Zapamiętanie nazwy "Sarnia Skała" przysporzyła wielu kłopotów, padały hasła: żabia góra, sarenkowa skała, itp. Skoro jesteśmy przy hasłach to warto wspomnieć jeszcze o jednym. Po tym jak kolejna osoba otrzymała reprymendę po wyjściu z toy toya za wyrażanie swojego "zachwytu" zapachem w sposób nieadekwatny do smrodu, kolejna wychodząc z tego miejsca wątpliwego przybytku rzekła z uśmiechem na twarzy: "Cóż za cudowny zapach świeżego toy toya."
Wracamy do naszego szlaku.
Z założenia, każdy miał go pokonać... i każdy pokonał bez większych problemów. Wędrówkę rozpoczęliśmy przy skoczni Wielka Krokiew, następnie krótki odcinek Ścieżką pod Reglemi i weszliśmy w niezwykle urokliwą Dolinę Białego, która widać było, że zachwyciła swymi pięknymi widokami. Po wędrówce po dolinie, która już na tym etapie momentami pięła się do góry dotarliśmy do Ścieżki nad Reglami, by po marszu w chłodnym klimatyzowanym lesie stanąć u podnóża szczytu Sarniej Skały. Tu, po krótkiej przerwie podzieliliśmy się na grupy i zdobyliśmy pierwszy prawdziwie skalny szczyt. Widoków i zachwytu nimi opisać nawet nie będę próbował, ... bo nie wiem, czy potrafię ubrać to w odpowiednie słowa. To co każdy zobaczył to jego i niech sam wspomina i próbuje opisywać. Panorama Giewontu niezapomniana...
Szczyt zdobyty, więc 1/3 sukcesu za nami, teraz pozostałe 2/3 czyli zejście. Dość strome zbocze Sarniej Skały nie przysporzyło wielu kłopotów, gdyż wymusza maksymalną koncentrację i rozwagę przy każdym kroku. Najbardziej obawiałem się zejścia po pozornie łatwej ścieżce do Doliny Strążyskiej, jak się okazało słusznie. Kamienie w tym miejscu są bardzo śliskie, łatwiej miały tylko te osoby, które miały "górską" podeszwę butów, a takich nie było zbyt wiele. Kilka osób padając "na tyłek" najprawdopodobniej mocniej zaakcentowały przerwę w miejscu gdzie plecy kończą swoje szlachetne miano. ...i w końcu po tej ślizgawicy ukazała się nam Dolina Strążyska, jeszcze tylko 10 min w górę i stanęliśmy pod wodospadem Siklawica. Wszystkich zachwycił, a mnie rozczarował... gdyż pamiętam go jako konkretny wodospad a tymczasem z racji na trudne warunki hydrologiczne w górach ujrzałem taką "siklawiczkę" a nie Siklawicę z mojej pamięci...A teraz pytanie: ...i która Julka swoim własnym zadkiem sprawdzała temperaturę wody w potoku u podnóża wodospadu? Oczywiście ta druga odpowie każda z Julek!
Ostatni etap naszej pieszej podróży to marsz Doliną Strążyską w dół, przez cały czas towarzyszył nam szum Potoku Strążyskiego. Jeszcze ok 30 min Ścieżką pod Reglami i jesteśmy przy autokarze. Dzień - myślę, że dla wielu niezapomniany...
Pozdrawiam
Tomasz Mucuś

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentuj mądrze i kulturalnie,